Nauczyciel to kluczowa postać na ścieżce jogi. Co prawda, jest to praktyka osobista i wewnętrzna, która w przeważającej mierze polega na tym żeby, się oduczyć, niż się nauczyć. Jest to wgląd do siebie, możliwy do wykonania samodzielnie lub z minimalnym zewnętrznym wsparciem. Ale towarzystwo nauczyciela jest bardzo ważne. Nauczyciel może pomagać, korygować, wspierać, dać wyraźne wskazówki, jeśli coś trzeba poprawiać i pochwalać, gdy jest to potrzebne.
Obecnie, jestem wdzięczna za to, że mam w pobliżu nauczycielki i nauczycieli, ale żadnego z nich nie uważam za swojego guru. Mój największy nauczyciel to mój syn, ale w tym tekście skupię się na formalnych nauczycielach jogi, u których się uczyłam.
Zaznaczam, że chcę opowiedzieć o pozytywnych aspektach, jakie przechowuję w pamięci. Bywały również trudniejsze i nieprzyjemne sprawy. Skupię się jednak na jaśniejszej stronie, bo to jest potrzebne mi teraz, a może okaże się również Wam przydatne.
 
Za mojego pierwszego nauczyciela uważam Marka Migałę, który ma niesamowite wyczucie do ludzi. Lubię go bardzo i cenię jego wiedzę. Marek lubi ludzi, lubi uczyć jogi, ma naturę poszukiwacza i pogłębiacza oraz odwagę pokazania swojej wrażliwości. Bardzo lubiłam zajęcia z Markiem i nasze rozmowy w metrze. Marek jako pierwszy mi mówił, że powinnam uczyć jogi. Mój oczywisty sprzeciw potrafił dokładnie zrozumieć. Powiedział mi: „Idź na kurs nauczycielski. Nie musisz uczyć, a będziesz mogła dużo się nauczyć”. Przekonał mnie. Kocham Cię Mareczku.
Marek zachęcał również do tego, żeby się uczyć u różnych nauczycieli.
I tak, zajęcia Teresy Bliźińskiej lubiłam za jazzujący rytm i za jej przebłyski w najmniej spodziewanych momentach. Pawła Makaly zajęcia doceniam za wyrazistą strukturę i jego lekko dziwaczne poczucie humoru. Do Adama Bielewicza mam duży szacunek za to że, stworzył i od 20 lat prowadzi szkołę jogi, gdzie każdy nauczyciel jest wyrazistą i silną osobowością, a każdy uczeń czuje się mile widziany. Piotr Kunstler prowadzi osadzoną w zen praktykę, która daje dużo przestrzeni i spokoju.
Od Przemka Nadolnego złapałam bakcyla ashtangi. Po kilku miesiącach praktyki pierwszej serii, podeszłam do niego i powiedziałam, że strasznie mnie to nudzi. Oczekiwałam, że mi powie co źle robię i co mam zmienić, a Przemek spokojnie i życzliwie tłumaczył mi, jak niezmienność sekwencji pomaga obserwować zmienność ciała, oddechu i umysłu. U Romka Grzeszykowskiego uczyliśmy się podstawy uczenia, pracy z grupą, techniczne aspekty asan oraz ich działania i przeciwwskazań.
 
Bardzo lubię Joasię Jedynak i dużo od niej się nauczyłam. Robiła na mnie wrażenie jej odwaga i radość ułożenia sekwencji, przy pełnej kontroli nad grupą, w bardzo ciepły i naturalny sposób. To trudna do złapania równowaga na zajęciach, miękkość i pewność nauczyciela, rozmach i dostępność sekwencji.
Pewnego razu, pojechałam do Warszawy załatwić sprawy urzędowe i udało mi się znaleźć chwilę pójść na zajęcia do szkoły Joasi i Adama Ramatowskiego, Joga na Brackiej – jedna z najpiękniejszych i najbardziej funkcjonalnych szkół jogi jakich widziałam.
Mieszkałam wtedy w Zakopanem i praktykowałam samodzielnie bez nauczyciela już dłuższy czas, rok wcześniej urodziłam syna. Byłam zmęczona po całym dniu załatwiania spraw w urzędach, czułam się słaba i pełna wątpliwości. Chciałam schować się za filarem i ukryć przed całym światem. Joasia wypatrzyła mnie na sali, zaprosiła na podest i prowadziła całe zajęcia pokazując na mnie asany. Pamiętam, że była to dobrze wyważona sekwencja dla początkujących, a ja czułam każdy mięsień w ciele. Czułam jak energia całej grupy mnie wspiera i podnosi. Na koniec zajęć Joasia jeszcze poleciała uczniom mnie i moją szkołę w Zakopanem. A ja się rozpłakałam. Po zajęciach chciałam jej podziękować i powiedzieć, ile to dla mnie znaczyło, ale Joasia była zajęta następnymi zajęciami. Patrzyła na mnie i wiedziałam, że wie.
 
Kilka lat później, we Wrocławiu, na warsztacie z Jurkiem Jaguckim poczułam kolejny raz wsparcie nauczyciela. Z Jurkiem najmniej chodzi o asany, zajęcia prowadzone przez niego to oswajanie trwałości i nietrwałości, całościowa zgoda na przemijanie oraz na bycie tu i teraz.
 
Pierwszy warsztat po dłuższej przewie, u Konrada Kocota, rozpoczął się mieszanką moich największych strachów. Z powodu nieuwagi zgubiłam się w lesie, koło opuszczonego kamieniołomu w górach, późnym popołudniem. Do tego, po drodze zaatakował mnie pies. Przeżyłam i trafiłam na Kominkowy Spichlerz cała i zdrowa, pozdrawiam Piotra i Martę. Stwierdziłam, że jeśli tak ma wyglądać początek pobytu, bo nawet jeszcze nie warsztatu, to znaczy że trafiłam na właściwe miejsce do właściwego nauczyciela. Miałam rację. Przez ostatnie kilka lat praktyki u Konrada zaglądałam do rożnych zakamarków swoich lęków i ciemności. Jak na razie wychodzę z nich cała i zdrowa, a nawet odrobinę lżejsza i jaśniejsza. Dziękuję Konradowi za obecność i zrozumienie.
 
Podróż trwa. Obyśmy mieli dookoła ciepłych i wspierających bliskich.
Tego nam życzę.
Do zobaczenia na zajęciach, Rosela